Media

 

 

 

Muzeum potrzebuje dwóch mecenasów

Gdy w Krakowie będą przecinać wstęgę, w Warszawie będą wbijać pierwszą łopatę. Ale nasze Muzeum Sztuki Współczesnej nie istnieje jako instytucja, nie dysponuje żadnymi zbiorami, nie ma nawet koncepcji, co zbierać, co eksponować, jakie wystawy pozyskiwać.


Projekt Muzeum Sztuki Współczesnej

W ostatnich dniach firma Warbud podpisała z gminą Kraków kontrakt na realizację Muzeum Sztuki Współczesnej na terenach hal dawnej Fabryki Schindlera. Piękny projekt toskańskich architektów Claudia Nardiego i Dominica Proli, wsparty w ostatniej fazie przygotowań doświadczeniem krakowskiego zespołu Roberta Kuzienika, ma w ciągu kilkunastu miesięcy stać się realną budowlą. Jedynie dla porządku przypomnijmy, że chodzi tu o adaptację budynków pochodzących głównie z lat 60., gdyż historyczne baraki zakładów Emalia nie przetrwały wojny. Zachował się nieźle budynek administracyjny znany z filmu "Lista Schindlera". Jesienią będzie już można w nim zwiedzać, zapowiadającą się fascynująco, ekspozycję "Kraków 1939-45", przygotowaną przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa.

Umowa podpisana przez prezydenta miasta Krakowa oznacza, że Warszawa i Kraków znalazły się w diametralnie odmiennej sytuacji, gdy chodzi o przyszłość placówki poświęconej sztuce najnowszej.

Skandale w Warszawie, puste sale w Krakowie

W stolicy na lokalizację Muzeum Sztuki Współczesnej wybrano plac przed Pałacem Kultury. Pierwszy konkurs na projekt muzeum został odwołany w atmosferze międzynarodowego skandalu. Konkurs drugi wprawdzie przeprowadzono, ale rozstrzygnięcie dokonało się znów w atmosferze skandalu. Wszyscy polscy jurorzy zdystansowali się od wyroku konkursowego sądu. Mimo to projekt skierowano do realizacji. Zwycięski architekt z Luksemburga wytargował imponujące honorarium (około 26 mln zł), ale gotowego projektu, mimo upływu dwóch lat, ciągle nie ma. Jedną przyczyn jest decyzja władz Warszawy, by rozwinąć program całego przedsięwzięcia, umieszczając w nowym gmachu ,obok muzeum, teatr.

W międzyczasie Ministerstwo Kultury wycofało się ze współfinansowania obiektu, którego koszt szacuje się dziś na co najmniej 300 mln zł. Niewykluczone, że w związku z koniecznością budowy metra i szeregu przedsięwzięć związanych z Euro 2012 budowa muzeum zostanie przesunięta w czasie. Można zatem powiedzieć, że na razie wszystko wskazuje na to, że gdy w Krakowie będzie się przecinać wstęgę, w Warszawie będzie się wbijało pierwszą łopatę (jeśli w ogóle).

Ale równie prawdopodobne jest to, że w Krakowie uroczyście otwarte zostaną jedynie puste sale. Nasze Muzeum Sztuki Współczesnej nie istnieje jako instytucja, nie dysponuje żadnymi zbiorami, nie pracują w nim kuratorzy, nie ma nawet koncepcji, co zbierać, co eksponować, jakie wystawy zewnętrzne pozyskiwać. A przecież wiadomo, że w tej branży obowiązuje kilkuletnie planowanie. To wielki kontrast do sytuacji w Warszawie. Wyłoniono tam w konkursie młodą, dynamiczną i bardzo kompetentną osobę na funkcje dyrektora, jest tymczasowy lokal, działa grupa kuratorów, organizowane są pierwsze wystawy i wydawnictwa. Muzeum istnieje, działa, buduje sieci kontaktów, choć nie ma jeszcze stałej siedziby.

Połączyć siły miasta i województwa

Czy można mieć jedno i drugie, instytucje i gmach? Odpowiedź brzmi: - oczywiście tak. Przykładem niech będzie Toruń, gdzie właśnie ze środków unijnych wybudowano Muzeum Sztuki Współczesnej. Znalazła się w nim regionalna kolekcja zgromadzona ze środków ministerialnego programu "Znaki czasu". "Znaki czasu" to cenna inicjatywa byłego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego. Uruchamiał on co roku środki na zakupy dzieł sztuki dokonywane przez regionalne organizacje pozarządowe typu towarzystw Zachęta, stawiając jednak warunek, że lokalne budżety w sposób zdecydowany wesprą taką akcję.

By zaistnieć w tym programie, województwo małopolskie utworzyło fundację pod nazwą Małopolska Fundacja Muzeum Sztuki Współczesnej. W ciągu sześciu lat zebrano blisko 100 dzieł sztuki najnowszej. W operacie sporządzonym dla potrzeb ubezpieczenia kolekcji w roku 2006 wyceniono jej wartość na 2,5 mln zł. Grupa czterech ekspertów tworzących komisję zakupów sprawiła, że w kolekcji reprezentowana jest twórczość takich artystów, jak m.in.: P. Althamer, M. Bałka, R. Bujnowski, M. Chlanda, M. Deskur, J. Modzelewski, W. Sasnal, M. Sosnowska, G. Sztwiertnia, L. Tarasewicz - niemal cała czołówka polskiej sztuki nowoczesnej pierwszej dekady XXI wieku. Kolekcja zawiera też dzieła artystów ukraińskich i czeskich. Po dwóch chudych latach w tym roku dokonane zostaną kolejne zakupy za około pół miliona złotych (w tym także artystów z Europy Środkowej). Kolekcja jest bezdomna i tymczasowo przechowywana w magazynach Cricoteki. Jedynie imponujący obraz Leona Tarasewicza jako depozyt ozdabia Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". To jasne, że budowa Muzeum Sztuki Współczesnej przez miasto Kraków sprawia, że nie widać uzasadnienia, by województwo małopolskie budowało własny gmach dla odrębnej, ale podobnej instytucji. Narzuca się logiczne rozwiązanie o powiązaniu obu inicjatyw. Ale dla przyszłości instytucji i dla przyszłości kolekcji nie jest obojętna forma, w której ta fuzja zostałaby przeprowadzona. Zaznaczam, że w tej sprawie mój głos jest stronniczy. Byłem inicjatorem powołania fundacji, zdobywałem dla niej środki, przewodniczyłem jej radzie fundatorów (obecnie tę funkcję pełni prof. Tomasz Gryglewicz z UJ) i jestem przekonany o dużej wartości kolekcji.

Dwóch mecenasów - skorzystają wszyscy

Dlatego proponuję następujące rozwiązanie. Po pierwsze, fundacja i województwo małopolskie, jako jej jedyny fundator, składają kolekcję jako trwały depozyt do Muzeum Sztuki Współczesnej i zobowiązują się do finansowania jej systematycznego powiększania (np. w kwocie pół miliona rocznie). Można też sobie wyobrazić wprost darowiznę kolekcji na rzecz muzeum, choć uważam to za rozwiązanie z wielu względów gorsze.

Po drugie, województwo i gmina Kraków zawiązują umowę o wspólnym prowadzeniu instytucji, dzieląc się po połowie kosztami jej funkcjonowania. Są takie precedensy i nieprawdą jest, że we wszystkich przypadkach funkcjonuje to niedobrze. Jest nawet wręcz przeciwnie, czego przykładem niech będzie Teatr Stu. Co więcej, taka wspólna inicjatywa mogłaby zyskać szczególną przychylność ministerstwa, przychylność wymierną finansowo. Tak właśnie zdarzyło się we wspomnianym przypadku Torunia.

Korzyści są wyraźne i obopólne. Miasto, które ponosi największe jednorazowe nakłady na budowę, otrzymuje zalążek kolekcji wraz z gwarancją jej wzrostu oraz obniża swoje koszty funkcjonowania placówki w przyszłości. Województwo zyskuje przestrzeń dla swojej kolekcji z gwarancją, że nie zalegnie ona gdzieś w magazynie, ale stanie się punktem wyjścia dla dalszego rozwoju. Otrzymuje wpływ na funkcjonowanie placówki, która powstaje w dużej mierze za pieniądze europejskie - zarządzane przecież przez Województwo. Odnotowuje sukces, ponieważ zrealizowało cel, jakim było powstanie Muzeum Sztuki Współczesnej. Cel ten zostanie osiągnięty dzięki partnerstwu.

Oba samorządy, miejski i regionalny, realizują w ten sposób niezwykle ważną funkcję publicznego mecenasa. Jakie to ma znaczenie w Krakowie, mieście artystów i w kulturalnej stolicy Polski, nie ma potrzeby uzasadniać.

Dogadać się i zwiększać kolekcję

Co zatem jest do zrobienia? W krótkim horyzoncie po prostu porozumieć się, spisać odpowiednie umowy i przystąpić do poszukiwania lidera nowej placówki. Potrzebny jest dyrektor, który stanie się twarzą nowej instytucji, który zaakceptuje linię kolekcji, jaką prezentuje zbiór Małopolskiej Fundacji Muzeum Sztuki Współczesnej, i twórczo ją rozwinie. Natomiast w dłuższej perspektywie trzy sprawy wydają się istotne. Kolekcja nie musi zwiększać się bardzo szybko. Ma raczej rosnąć, a nie puchnąć. Muzeum to nie prywatna kolekcja, gdzie coś nam nagle przestało się podobać, gdzie poszczególne obiekty można łatwo sprzedać czy wymienić na inne. Wystarczy do tego decyzja właściciela - kolekcjonera. Muzeum gromadzi "na zawsze", ze wszystkimi dobrymi i złymi konsekwencjami tego stanu rzeczy. Wiadomo, że kolekcjonowanie sztuki współczesnej to obszar wielkiego ryzyka. Na pewno część zakupów nie będzie trafiona. Chodzi o to, aby zdarzało się to rzadko. To tym bardziej trudne, że najlepsze kolekcje powstają, gdy kupuje się artystów młodych, na dorobku. Potem może się okazać, że ich dzieła są poza progiem dostępności budżetowej instytucji albo artysta popadł w rutynę i powtarza stare schematy.

Jeśli kolekcja będzie rosła wolno, czyli o 5-10 obiektów rocznie, to oznacza, że muzeum długo jeszcze będzie musiało pracować wystawami zmiennymi. Musi mieć zatem dobrych kuratorów, dużą międzynarodową sieć wartościowych kontaktów. I co najważniejsze - tymi wystawami musi budować sobie publiczność. To jest zadanie nie mniej ważne niż stworzenie kolekcji, bo musi przyjść chwila, gdy właśnie owa długo wychowywana publiczność dostrzeże wartość tego, co wspólnym wysiłkiem przez wiele lat w murach muzeum zgromadzono.

Janusz Sepioł

* Janusz Sepioł, Senator RP (PO), były marszałek Małopolski, był też pełnomocnikiem prezydenta Krakowa ds. kultury


Projekt Muzeum Sztuki Współczesnej


 

24 lipca 2009

^ do góry