|
Media
Muzeum
Sztuki w budowie
Wojciech Wilczyk
Na wstępie zaskoczenie.
Znając sposób funkcjonowania większości krakowskich instytucji
kulturalnych z szacownym Muzeum Narodowym na czele, można się było
spodziewać najgorszego. Tymczasem pierwszy pokaz tworzonej kolekcji
przyszłego Muzeum Sztuki Współczesnej może mile rozczarować chronicznych
sceptyków. Prace pokazane na wystawie w krakowskim Międzynarodowym
Centrum Kultury prezentują niezły poziom. Dobór artystów też jest raczej
trafiony, choć należy mieć nadzieję, że nie będzie on ewoluował w stronę
"zestawu obowiązkowego". Ale to się dopiero okaże. Na razie
funkcjonująca od wiosny bieżącego roku Małopolska Fundacja Muzeum Sztuki
Współczesnej i Kapituła Ekspercka, w której kompetencji leży wybór prac,
nie sprokurowały jakiegoś większego obciachu.
Na pewno ozdobą kolekcji przyszłego muzeum będzie obszerny i mocno
kontemplacyjny cykl rysunków oraz kolaży Marka Chlandy. Podobnie rzecz
ma się z instalacją "Ćwiczenia neoplastyczne" Grzegorza Sztwiertni,
abstrakcyjnymi kompozycjami Piotra Lutyńskiego, obrazami Jarosława
Modzelewskiego, Rafała Bujnowskiego, Pawła Książka, Stanisława Koby. W
wypadku Mirosława Bałki i Leona Tarasewicza zadecydowały zapewne raczej
nazwiska gwiazd polskiej sztuki współczesnej niż charakter pozyskanych
prac. Z pewnością można było sobie darować bardzo średnie obrazy Marka
Szczęsnego, namalowane w konwencji abstrakcyjnego ekspresjonizmu.
Jeżeli zaprezentowany zalążek kolekcji przyszłego Muzeum Sztuki
Współczesnej może nasuwać jakieś obawy, to dotyczą one dwóch kwestii. Po
pierwsze, brakuje współczesnego designu. Oczywiście jest to do
nadrobienia. Po drugie, prace mieszczące się w kategorii "fotografia"
niestety odzwierciedlają na razie funkcjonujący w Polsce stereotyp na
temat "artystycznego" charakteru tego medium (że mianowicie fotografia
staje się "artystyczna", dopiero kiedy w swych przedsięwzięciach używa
jej "magister sztuki"). Pokazane na wystawie prace Marii Pyrlik (cykl
"Stopklatki") i Łukasza Skąpskiego ("Rysunki słońcem"), mając mocno
rozbudowany poziom "koncepcyjny", w warstwie czysto wizualnej prezentują
się mizernie (trudno nie zauważyć też nieco żenującego warsztatu obojga
autorów). Miejmy nadzieję, że takie rozumienie artystycznych walorów
fotografii to tylko rodzaj "wypadku przy pracy" Kapituły Eksperckiej.
I PO PRZEBUDOWIE
Remont sal mieszczących kolekcję polskiej sztuki współczesnej w Muzeum
Narodowym w Krakowie trwał nieprzyzwoicie długo. Jednak po 6 latach
wytężonej pracy i wydaniu blisko 7 milionów odnowione i przebudowane
gruntownie pomieszczenia na III kondygnacji muzeum udostępniono w końcu
zwiedzającym. Obszerna kolekcja sztuki polskiej, obejmująca prace
powstałe od 1890 roku aż do czasów współczesnych - ułożona na nowo,
poddana korektom i uzupełniona o najświeższe zakupy - została
zgromadzona na powierzchni trzech tysięcy metrów kwadratowych.
Można zapytać, czy to dużo (te trzy tysiące metrów, te siedem milionów i
te sześć lat). Na pewno remont muzeum trwał zbyt długo i jedynym
sensownym wytłumaczeniem zmarnowanego czasu może być brak (bardzo
prawdopodobny) środków finansowych. Wielkość wystawowej powierzchni,
podobnie jak kwota wydana na przebudowę i uzupełnienie zbiorów, raczej
nie szokuje. Ale do rzeczy.
Przebudowa i aranżacja pomieszczeń na III piętrze krakowskiego Muzeum
Narodowego ma służyć nowej koncepcji prezentowania zbiorów. W większości
sal zlikwidowano naturalne górne oświetlenie, obniżono sufity, pojawiły
się nowe ścianki działowe. Niestety, zastosowano "złoty podział"
najnowszej polskiej architektury, czyli szerokość pustaka. Te ciężko
wyglądające przepierzenia, ustawione zazwyczaj pod ostrym kątem wobec
ścian nośnych, pomalowano na dość intensywne kolory (agresywne wobec
prezentowanych na nich obrazów). Licząca trzy tysiące metrów
kwadratowych powierzchnia wystawowa została w ten sposób zagęszczona i
sprawia na widzu wrażenie poruszania się w ciągu mocno ciasnych wnętrz.
W nowej prezentacji kolekcji współczesnej sztuki polskiej zrezygnowano z
chronologii na rzecz "problemowego", czy nawet - raczej - "hasłowego"
ujęcia. O ile ta modna obecnie tendencja udostępniania muzealnych
zbiorów sprawdza się w wypadku bardziej współczesnych zjawisk
artystycznych, to zastosowana wobec malarzy z okresu tzw. Młodej Polski
jest zwykłym nieporozumieniem (przynajmniej w krakowskim wydaniu).
Bogata kolekcja malarstwa polskiego modernizmu rozbita została na trzy
działy: "Koniec wieku", "A to Polska właśnie" i "Ku Francji".
Oczywiście, w młodopolskim malarstwie (czy też może bardziej w
życiorysach twórców z tego okresu) można dopatrzyć się przesłanek, które
skłoniły kuratorów do dokonania właśnie takiego podziału i posłużenia
się wspomnianymi wcześniej tytułami, ale czy są one wystarczająco obecne
w warstwie wizualnej zaprezentowanych prac? Nie zawsze. Zresztą dochodzi
tutaj do zabawnych kiksów, kiedy np. w dziale "A to Polska właśnie" obok
kartonów z "trumiennymi" wizjami witraży do Katedry Wawelskiej
Wyspiańskiego zawisły projekty Mehoffera do katedry we? Fryburgu.
W dziale "Ex-presja" prace Andrzeja Wróblewskiego (wiszące na ścianach
postawionego po środku sali wielokąta) skonfrontowano z dokonaniami
Wprostowców i Gruppy. Taka próba szukania wspólnej płaszczyzny dla
pokazywanych eksponatów ze względu na "polityczne" lub "społeczne"
zaangażowanie twórców jest o tyleryzykowna, że gołym okiem widać
przepaść, jaka dzieli prace inicjatora Grupy samokształceniowej oraz
Modzelewskiego, Sobczyka, Grzyba i Pawlaka od kiepskich propozycji
Sobockiego, Grzywacza i Waltosia. Jeżeli zachodzi tutaj jakaś formalna
korespondencja, to tylko wśród wymienionych w pierwszej części
uczynionego w poprzednim zdaniu porównania. Poza tym samo
"zaangażowanie" nie musi być postrzegane tak jednoznacznie w kategoriach
ustalonych nurtów politycznych. Obrazy Wróblewskiego (może poza epizodem
socrealistycznym) mają raczej mocno ciemne, egzystencjalne przesłanie,
podobnie zresztą jak prace malarzy tworzących nieistniejącą już Gruppę.
W nowym układzie kolekcji najwięcej kuratorskiej sympatii zyskali
artyści tworzący Grupę Krakowską. Prezentacja prac Marii Jaremy, Jonasza
Sterna i Tadeusza Kantora (zawieszonych w trójkącie ścianek działowych)
to najmocniejszy akcent ekspozycji. Obrazy i obiekty tworzone przez
innych członków chyba najbardziej znanej krakowskiej formacji
artystycznej zgromadzone zostały w największej sali muzeum. Ta jednak
poprzez wprowadzenie licznych przepierzeń (tych o szerokości pustaka
właśnie) nabrała charakteru ciasnego pomieszczenia. Truizmem będzie
stwierdzenie, że malarstwo potrzebuje przestrzeni. W dodatku przestrzeni
w miarę neutralnej, bo przecież oglądamy obrazy, a nie ściany galerii.
Zawieszenie sporych rozmiarów płótna Jerzego Nowosielskiego "Willa dei
Misteri" na przepierzeniu o karminowym (!) kolorze, to ewidentne
przegięcie. W wypadku innych prac tego artysty wcale nie jest lepiej -
umieszczono je (dział "Malarstwo?") w salkach zbliżonych kubaturą do
gomułkowskiego M-3.
Kiedy ogląda się tę odnowioną kolekcję współczesnej sztuki polskiej w
krakowskim Muzeum Narodowym (i ma jednocześnie w pamięci kształt
dawnej), może przyjść na myśl stara karciana sekwencja, mówiącą, że
"tasowanie talii nie przysparza asów". Oczywiście ta nieco zgrana
"talia" przed zakończeniem remontu została uzupełniona zakupem
kilkunastu "jokerów". To dobrze, że w kolekcji muzeum znalazły się
wreszcie prace Bujnowskiego, Sasnala, Maciejowskiego, Lutyńskiego i
Kozyry. Gołym okiem widać jednak, że są w niej spore luki, których nie
zapełniły najnowsze nabytki. Osoby odpowiedzialne za tworzenie
muzealnych zasobów, chyba raczej przespały lata osiemdziesiąte i
dziewięćdziesiąte (w tej ostatniej dekadzie np. straciły niepowtarzalną
okazję stworzenia dobrej kolekcji grupy Ładnie, kiedy prace jej członków
kosztowały kilkaset złotych, rzadko sięgając kilku tysięcy).
[30.11.2005]
Wojciech Wilczyk
|